Jako, że wiem, że jak już się nawet uda przeczytać post to do komentarzy potem się nie wraca, chciałam tutaj nawiązać do jednego który otrzymałam. Stąd będzie trochę powtórkowo.
Pod postem z kina i wyznaniu co zjadłam w tamten dzień dostałam komentarz, jak to źle robię (Szczegóły tytaj). Jeszcze raz dziękuję, za ten komentarz, bo się okazał "wodą na młyn" i mogę "stworzyć" tego posta.
Odpisałam w sposób następujący:
Niewątpliwie teoretycznie rację masz. Ja jednak patrzę na to inaczej. Może dla Ciebie dieta to coś powszedniego i przychodzi Ci z łatwością jak piórko. Ja jednak mam bardzo mocno zakorzenione przez lata stare nawyki. I każdy dzień kiedy im nie ulegam uważam za sukces. I to, że tamtego dnia nie zjadłam całej porcji kebaba z frytkami, sałatką zakąszając potem ciastkiem (na obiad) potem ful zestaw z McDonalda (na kolację) - jak to do tej pory miałam w zwyczaju - uważam za sukces. I w tym wypadku te "dwie łyżeczki soli" i skrzydełka stanowiące odstępstwo od diety nie były wcale porażką.
Nie mogę myśleć Twoimi kategoriami, bo za takim myśleniem zwykle następuje u mnie, jak już zjadłam te "dwie łyżeczki soli" to dlaczego nie zjeść całego obiadu jak dawniej...? A tak uważam, że tak miało być.
Poza tym dieta jest dla mnie nie ja dla diety. Korzystam z jej dobrodziejstw jednak te małe wyskoki są mi potrzebne jak rybie woda. Jak zdrada w małżeństwie potrafi umocnić związek, tak mnie dają siłę na później właśnie takie grzechy. Nie, nie grzechy - to ma zły wydźwięk. Takie kompromisy na jakie idę sama ze sobą od czasu do czasu.
Powiesz pewnie, że się oszukuję czy coś w tym stylu. Tak. I robię to świadomie. A świadomość wg mnie to jest mały kroczek w stronę sukcesu. I na razie się nie poddaję. To chyba jak do tej pory dieta w której najdłużej wytrzymuję.
Jak by na potwierdzenie, zaraz po napisaniu tych słów otwieram skrzynką pocztową i czytam w mailu od mego Guru (no nie od niego bezpośrednio, ale jego słowa):
Zapomnij o przeszłości. Teraz uwierz w swoją niewinność. W chwili obecnej jesteś niewinny. Błędy przeszłości są wynikiem niewiedzy. Ale w chwili obecnej jesteś niewinny. To fakt.
I Była jeszcze jedna "mantra" w tym stylu:
Tak samo, jak przewracamy kartki kalendarza, powinniśmy przewracać nasz umysł. Nie wypełniajcie przyszłych dat, przeszłymi wydarzeniami.
Ucz sie i idź dalej.
I tego się będę trzymać. Było minęło. Nie będę do tego wracać.
Nasuwa mi się jeszcze jeden cytat, który umieszczałam też na tym blogu pisząc o książce "Krótka bajka o odchudzaniu z happy endem" Magdaleny Jarzębowskiej (W tym poście) dotyczący "porażek":
"Każdemu, kto próbuje zdarzają się takie chwile, to nic złego. Ważne jest, żeby wciągnąć teraz z tego odpowiednie wnioski na przyszłość".
Idąc dalej tropem wspomnień i trzymając się jeszcze treści książki. Było tam dużo o "budowaniu własnej wartości", "dopieszczaniu tego wątłego stworzonka" i "nagradzaniu go".
I wczorajszy dzień pozwolił mojemu stworkowi urosnąć. Trzymałam się mono zaleceń odnośnie jedzenia. Plan na siłowni wykonałam w 100%. "Odebrałam nagrodę". Zrobiłam jeszcze jedną nową, drobną rzecz, z której jestem dumna. Miałam wypełniony dzień. I jak kładłam się spać, razem ze stworkiem o imieniu "poczucie wartości" byliśmy w wyśmienitych humorach.
Kończąc te dywagacje, dniem dzisiejszym i przyziemimy sprawni jakim jest menu...
6.00 ser biały i 2 kromki pieczywa żytniego WASA
10.00 pomarańcza
13.45 udko + warzyw i winegret
(oliwa z oliwek, pieprz, sok z cytryny)
18.00 sałatka:
jajko, papryka, cebula, kalarepa, pomidor, kefir, czosnek, pieprz, kurkuma