wtorek, 31 stycznia 2012

Sorry...

Przepraszam za wczorajszy wpis. I jestem chyba winna jakieś wyjaśnienia :)

Dyspensa jakiej sobie udzieliłam na wyjazd integracyjny z dwóch dni przeciągnęła się do czterech. Nie mogę w ogóle wyhamować. Baa , to były wręcz napady jedzenia kompulsywnego. Sama się dziwię gdzie to wszystko się mieściło, bo prościej było by wymienić czego nie jadłam niż co jadłam :/ Oczywiście na wadze 2 kg więcej. Przez co wczorajsze poczucie sięgnięcia dna i niemożność wyrażenia tego jakimś rozsądnym słowem. Czułam oddech nałogu na plecach i  jego radość, że znów z taka lubością mu ulegam. Pochłonęły mnie ciemności. Nawet wieczorne poczucie nadmuchania jak balon nie pomogło zmyć tego bielma z oczu, nie zesłało opamiętania. Z radosnej odskoczni stało się to moim koszmarem.
Źródło


Źródło

 

Nie pomogła nawet siłownia. Tam też robiłam uniki. Poszłam w prawdzie w niedzielę za piątek i wg plany wczoraj. Jednak zamiast dać wycisk na spalanie kalorii to dałam se w mięśnie rąk, że dziś przekładanie biegów w samochodzie sprawiało mi ból. A jazdę na rowerku to nawet skróciłam. Odezwał się demon dawnego negatywnego nastawienie do ruchu i nie pozwolił do pedałować do końca. Ehhh...


    




Dziś mam nadzieję się obudzić, ale czy uda mi się powstać z tych popiołów...?  Wczoraj rano też budziłam się z nadzieją na lepszy dzień, ale nie wiele to dało.



Nadzieja nadzieją, ale nie wybiegam w przyszłość dnia i piszę na bieżąco faktycznie pochłonięte jedzonko, a nie plany.

Żarełko dnia:

6.00 Karkówka a'la bolognese 
10.00 klops i surówka
14.00 klops i surówka











czwartek, 26 stycznia 2012

Waga + c.d "nie teges"

W prawdzie nie mam się czym chwalić, bo waga ostatnio prawie stoi w miejscu, ale stwierdziłam, że chyba już czas jakieś wieści z wagi umieścić. Tyle dobrego, że już mam 20 zgubiinych kilogramów na liczniku. I tak:

od początku: minus 20,3
czyli:  waga obecna 106,3 kg ; waga wyjściowa 126,6
w programie : minus 10,7
czyli: waga obecna 106,3 kg ; waga wyjściowa 117,00

Niestety ciągle nawiedzają mnie myśli, że coś bym zjadła innego. Nie, nie innego, bo urozmaicić może mogłabym w ramach diety. Tym bardziej, że jak pisałam ta jednostajność mi odpowiada. Mam ciągle ochoty na coś niezdrowego. Raz pojawiła się myśl o pączku. Raz o McDonaldzie. Raz o pizzy... no i tak mogłabym dłużej.
Wydaje mi się, że to z braków efektów. Widać głównym moim motorkiem były zmieniające się cyferki na wadze. I jakoś skrzydełka mam ciągle jakoś oklapnięte.

Okazuję się, że jutro mam dwudniowy wyjazd z pracy. Będzie przerwa od wszsytkiego i niestety od diety też. W złym momencie mi to wypadło, bo nie wiadomo jak to będzie po powrocie w myśl powyższego.

Oczywiście są też pozytywy sytuacji. Właśnie oderwanie się od codzienności. Dawno nigdzie nie byłam.  Na pewno będzie rozrywkowo. Dziś trzeba przetrząsnąć szafę co zapakować, co jest niewątpliwie tez miłą częścią. I skupić się na samym wyjedzie.
Co będzie po powrocie martwić się będę jak wrócę. A teraz banana na twarz i zacząć planować :)

Miłego weekendu



środa, 25 stycznia 2012

Dziś nastrój nieco lepszy. Szczególnie znów znaczna poprawa po siłowni. Jednak jeszcze nie na tyle dobrze, by tutaj się rozpisywać. Także tylko tradycyjny raport.

Żarełko dnia:

6.00 Płatki owsiane na mleku z suszonymi śliwkami
10.00 Gruszka
14.00 Pierś z kurczaka + pomidor



18.00 Meal Drink

Ruch dnia:

Rozgrzewka na bieżni – 5 min
Ćwiczenia na mięśnie ramion– 4*15 + 4*15
Przywodzenie ud – 4*20
Brzuszki – 8*15
Orbitrek – 15 min
Rowerek poziomy cardio - 55 min

wtorek, 24 stycznia 2012

Kiepawo

Zaczęło się w niedzielę popołudni. W sposób zupełnie niekontrolowany poszedł w ruch chleb z masłem. Potem 4 cukierki czekoladowe (nie umiałam poprzestać na jednym). Tak sobie myślę, że może podświadomie, to był bunt, że skoro waga i tak nie spada pomimo starań (bo tak było) to po co się męczyć...

Wczoraj pomimo, że uczciwie, dokładnie etc trzymałam się jadłospisu psychicznie miałam jakieś kiepskie nastawienie. Nachodziły mnie często myśli,  czy by tek wszsytkiego nie pierdyknąć w cholerę i ogólnie w tym stylu. Do tego miałam jakiś duży, dziwny ból głowy.
Trochę siłownia pomogła, choć i tak po przyjściu do domu prawie prosto poszłam spać.

Jak by tego było mało, wczoraj też dotarły do mnie średnich wiadomości rodzinne, bardzo rodzinne bo dotyczące mojego męża i jego pracy. A dziś w myśl zasady "nieszczęścia chodzą parami" i nie ciekawe zrobiło się w mojej  pracy. 
Ehhh... Jakoś to trzeba przetrwać, ale mam teraz zero ochoty na cokolwiek....

Względem menu, ostatni dzień tego dwutygodniowego etapu.
Na obiad w ramach kurczaka z warzywami, zrobiłam sobie z mojego przepisu na PALAK PANEER: olej do smażenia cebulki ominęłam tak jak i końcowe mleko, ser zamieniłam na kurczaka. W ramach gramatury miałam ok 200 g szpinaku a przypraw dałam jak na całe 0,5 kg i było pyszne :) Z wyglądem niestety mniej fajnie :) ale dla porządku zamieszczam.



niedziela, 22 stycznia 2012

Sałatka cyckowa

W kwestii jedzenia, znów tak samo jak wczoraj i przedwoczraj. Z tą różnicą, że obiad w wersji podróżnej. I wiecie co. Znacznie wolę to wydanie. Te ostatnie dwa dni z sałatami nie pasowały mi.  Powtórzę się, że za królika to ja nie będę robić :) Wyjątkiem w temacie zieleniny był zawsze ogórek i  zwykła sałata np lodowa ze śmietką na słodko... No ale to nie tym razem.

Z wyżej wymienionego powodu skoro świt w miseczce wylądował: 
  • pomidor, 
  • papryka 
  • czerwona cebula 
  • Oczywiście do tego pierś. 
  • Winegrecik z oliwy, cytryny i przypraw.
Ładnie to akurat do obiadu się przemacerowało i było pycha.  


Wniosek dnia: UWIELBIAM CZERWONE, NIE LUBIĘ ZIELONEGO :)




sobota, 21 stycznia 2012

Szaleństwo


Moim pierwszym celem w odchudzaniu było się znów zmieścić w te spodnie co na zdjęciu obok. 
Dziś postanowiłam je wygrzebać i zobaczyć ile mi jeszcze brakuje. I KURNA ZMIEŚCIŁAM SIĘ!!!!! Jeszcze to nie jest ta waga co na zdjęciu, ale mogę już w nich chodzić. Są po prostu bardziej obcisłe. Tu obok ważyłam chyba lekko poniżej 100.

Poniżej następna fotka. Fotka spodni.

Najdalej, największe, to z września jak warzyłam 127 kg. Rozmiar na metce 54. Przy czym jest to Bon Prix'owe 54, a jak wiadomo tam numeracja jest zaniżona, tzn na prawdę to co najmniej rozmiar 56.

Następne są dżinsy z pierwszego zdjęcia. Również numeracja z Bon Prix - 48.

A trzecie... I to właśnie jest to szaleństwo. Na wyprzedażach kupiłam sobie spodnie w rozmiarze 44!! Do tego normalna numeracja bez złudzeń. W życiu nie miałam takiego rozmiaru!! (tzn w dorosłym życiu, najmniejszy był ten dżinsowy rozmiar). 

Jest taki program na TVN Style "10 kg do zgubienia". I tam kupują im ubrania w które mają się zmieścić po skończonym programie. Postanowiłam zrobić tak samo. Oprawię je chyba w ramki i powieszę :) Bo na ten moment jakieś dziwne mi się wydaje, że ja mogłabym się w nie zmieścić... ?!?! 
Kupiłam je pod wpływem impulsu. Wychodziłam z siłowni. Myśli zaczęły krążyć wokół McDonalda. Pomyślałam STOP. Zajmij mózgownicę czymś inny. Jak nie o jedzeniu to o czym mogę myśleć będąc w galerii handlowej? No właśnie o ciuchach. Słyszę głos w głowie: "przecież nic miałaś nie kupować, bo się odchudzasz". No i tu zakwitła ta "genialna" myśl, żeby zrobić jak w tym programie czyli kupić sobie jakiś na prawdę sporo mniejszy ciuch. No i tutaj już swobodnie zajęłam się tematem zakupy nie jedzenie. Ostatkami rozsądku nie patrzyłam na coś co mi się na prawdę bardzo podoba, a co jest aktualnie przecenione i na co mam dodatkowa zniżkę. Suma summarum te spodnie pierwotnie kosztujące 149 zł trafiły do mnie za cztery dychy. No nie ma teraz wyjścia jak chudnąc dalej ;) Tyle, że do tego rozmiaru to muszę schudnąć jeszcze ze sto kilo i parę lat pracy ;) ...  Znów STOP. Pozytywne myślenie. Jest cel i do niego trzeba dążyć :)



piątek, 20 stycznia 2012

Endorfiny?

Uff w końcu usiadłam.
Tak się rozbujałam na siłowni, że wpadłam do domu i jeszcze tornadem przeleciałam przez chałupę trochę ogarniając kąty.
Dziś przerabiany był trening tylko cardio, czyli:
Ruch dnia:
Brzuszki – 8*15
Orbik – 20 min

Rowerek - 60 min
Tak W trakcie treningu pocę się coraz bardziej, ale jeszcze nie jest tragicznie. Twarz się nie poci więc resztę ciała mogę przeżyć. Za to znacznie lepiej mi się wychodzi. Białkowy napój wystarczająco zaspakaja apetyt i w dni treningu już w ogóle nie myślę o kolacji czy jakimkolwiek żarciu. I dziś wychodziłam tak jak by szczęśliwa. Może w końcu docierają do mnie te endorfiny na które tak czekam. Już nie szłam noga za nogą i jak napisałam wyżej energia wręcz wzrosła. Czułam jakieś zadowolenie bez powodu. Myślicie, że to to? :)


W kwestii jedzenia, identycznie jak wczoraj. Dziś tylko wzbogacone fotką dania głównego. Czyli:
Żarełko dnia:

6.00 Płatki owsiane na mleku z suszonymi śliwkami
10.00 Pomarańcza
14.00 Sałatka a'la z Mc Donalda:
pierś z kurczaka na sałacie z pomidorem, papryką, czerwoną cebulą

18.00 Meal Drink
  
Na koniec małe pytanko. Czy może wie ktoś, co to jest to bordowe na ostatniej miniaturce w prawym dolnym rogu? Bo to było bardzo dobre. Właściwie jedyna zjadliwa - jak dla mnie - z tej zbieraki dla królika :)

czwartek, 19 stycznia 2012

Bilans 4 miesięcy

To już minęły 4 miesiące!! Jak ten czas leci. Najpierw najważniejsze:
 
od początku: minus 19,8
czyli:  waga obecna 106,8 kg ; waga wyjściowa 126,6
w programie : minus 10,2
czyli: waga obecna 106,8 kg ; waga wyjściowa 117,00

Dokładne pomiary jak zwykle TUTAJ

Powinnam teraz walnąć jakieś "mądre" podsumowanie. A myślę tylko o jednym. Moim założeniem jest 5 kg w miesiąc. No i w tym ostatnim nie udało się wykonać planu :( Zabrakło 0,2 kg!!  Jutro czy pojutrze pojawi się na wadze, ale już po terminie...
Nie marudzić!! Jest dobrze. Cieszę się. A teraz to dochudzanie to już czysta przyjemność. Jest jak samo-nakręcająca się maszyna.  Spadek wagi podnosi samopoczucie, lepsze samopoczucie pozwala z chęcią biegać na siłownię, a to natomiast sprzyja chudnięciu. Już bez głodu między posiłkami funkcjonuję cały dzień. Po treningach nie mam wilczych napadów i spokojnie zadowalam się Meal Drinkiem. To też pomada w spadku. Ogólnie nic dodać nic ująć. I tym optymistycznym akcentem kończę obecne podsumowanie :)

Tradycyjnie teraz słowo o menu, bo znów zmieniła się opcja.
 
Żarełko dnia:
  6.00 Płatki owsiane na mleku z suszonymi śliwkami
10.00 Pomarańcza
14.00 Sałatka a'la z Mc Donalda:
pierś z kurczaka na sałacie z pomidorem, papryką, czerwoną cebulą

18.00 Meal Drink
 
 

wtorek, 17 stycznia 2012

Dzisiejsze menu


Żarełko dnia:


6.00 Karkówka a'la bolognese 


10.00 Schabowa kanapeczka z pomidorkiem



14.00 Wątróbka + pomidor z cebulą i pieprzem





18.00 Klopsik + czerwona papryka






poniedziałek, 16 stycznia 2012

KARKÓWKowe KLOPSIKI

Cały weekend i dzisiejszy dzień w menu to kombinacja trzech potraw:
- schabowych kanapeczek o których pisałam TUTAJ
- karkówki a'la bolognese - nie opisane, ale to chyba każdy wie :)
- klopsików o których będzie więcej dzisiaj, choć to też nie żaden wynalazek, ale napiszę o swoich

To mi się bardzo podoba, że dwie godziny w kuchni na cały tydzień i tylko potem wyciągam z lodówki tudzież z zamrażalnika. Nie ma problemu "a co by tu dziś zjeść". Stania godzinami przy garach. Nic się nie marnuje. Jest tanie. No i działa. Co więcej chcieć od diety...???


KARKÓWKowe KLOPSIKI

- 1 kg schabu karkowego
- malutka cebulka
- przyprawy
- smalec ze skraweczkami
- słonina






Mięsko z przyprawami, pokrojoną cebulką, odrobiną wody (ok 1/2 szklanki) i trochę smalczyku własnej roboty ze skraweczkami mieszamy. Robimy normalne klopsiki. Każdy wg zalecań wagowych :)





Na dno żaroodpornego naczynia kładziemy kawałki słoninki. Na to klopsik. Na wierzch znów trochę słoninki.


Wkładamy do pieca na ok 40 minut. Po wyjęciu wygląda tak:

Uwaga na przyszłość. Nie układać piętrowo. Te pod spodem nie wyglądały tak pięknie :) Większa forma i bardziej pojedynczo musi być :)

Żarełko dnia:
6.00 Klopski + pomidor
10.00 Schabowa kanapeczka + pomidor
14.00 Klopsik i ugotowane warzywa
18.00 Meal Drink

Ruch dnia:
Rozgrzewka na bieżni – 5 min
Ćwiczenia na mięsień trójgłowy ramienia – 4*15
Ćwiczenia na mięsień dwugłowy ramienia – 2*15
Przywodzenie ud – 4*15
Brzuszki – 8*15
Bieżnia – 15 min
Rower poziomy – 55 min  60 min  (musiałam dokończyć oglądać Trynny i   Susana :))

piątek, 13 stycznia 2012

Padłam

Trzy noce jak kładłam się spać o 23.00 i o 24.00 jeszcze nie spałam. Wstawanie potem o 5.00. Dało wczoraj o sobie znać. Zwyczajnie padłam i o 20.00 już chrapałam.

Wcześniej udało mi się nawet pójść na siłownię. Powinnam dziś, ale są inne plany i żeby się wyrobić 3 razy w tygodniu byłam wczoraj.
Wraz ze zmianą menu od środy zmienił się też zestaw ćwiczeń.

Wczoraj:

Żarełko dnia:
6.00 Karkówka a'la bolognese
10.00 Schabowa kanapeczka z czerwoną papryką
14.00 Klopsik + czerwona papryka
18.00 Meal Drink

Ruch dnia:
Rozgrzewka na bieżni – 5 min
Ćwiczenia na mięsień trójgłowy ramienia – 2*15
Ćwiczenia na mięsień dwugłowy ramienia – 2*15
Przywodzenie ud – 4*15
Brzuszki – 8*15
Bieżnia – 15 min
Rower poziomy – 55 min


Jak widać trochę się na siłowni zagęszcza :) Na moje stawy w prawdzie lepsza jest elipsa i przeważnie na niej chodzę, ale wczoraj dla odmiany walnęłam sobie tą bieżnię. W sumie czasowo cały trening wyszedł podobanie niż dotychczas i przez te urozmaicenia, szybko mięło i nie było nudno.

Dziś:

Żarełko dnia:
6.00  Klopsik i sałatka z pomidora, cebuli i pieprzu
10.00 Schabowa kanapeczka + sałatka j.w
14.00 Klopsik + sałatka j.w
18.00 Karkówka a'la bolognese


Sobota i Niedziela.
Planuję „urlop” od cywilizacji. Mam nadzieję, że nie będzie też od dietki. Ma być menu takie samo jak dziś, w różnych konfiguracjach tych trzech potraw. :)

MIŁEGO WEEKENDU :)

środa, 11 stycznia 2012

Schabowe kanapeczki

Tak jak już wcześniej pisałam, od dziś jest nowe menu. Zaczął się tydzień mięska. I tylko mięska, ze smalczykiem i warzywami.

Będzie trochę "przepisów". Celowo napisałam to w cudzysłowie, ponieważ nie wielkie tu pole do popisu. Te same składniki i tylko urozmaica się ile może, kombinując jak "koń pod górkę". 

Ladys ang Gentlemen I give You my:

 "Schabowe kanapeczki"

Składniki:
- 750 g schabu środkowego
- czosnek
- pieprz
- majeranek
- słonina

- smalec



Schab normalnie jak na święta "opudrowałam" obficie przyprawami. Położyłam na kawałkach słoniny i upiekłam w piekarniku. 
Pokroiłam w plasterki, każdy kawałek smarując smalczykiem własnej roboty ze skraweczkami.
Na koniec pozawijałam w sreberka. Wrzuciłam do lodówki. Tylko podchodzę, wyciągam i mam gotowy posiłek. Choć nie trzeba jeszcze "warzywków" do kroić obok na talerzyku.


W rezultacie dzisiejsze żarełko wyglądało tak:
6.00 Chili Con Carne 

(wyciągnięte z zamrażalnika z poprzedniego pichcenia)
10.00 Kanapeczka schabowa z pomidorem
14.00 Chili Con Carne 
18.00 Meal Drink


Nie mam kiedy ostatnio się wyspać. Dziś też nie będzie mi dane. Najpierw siłownia. Potem trochę w kuchni. Dziś miałam późną konsultację z przemiłym Panem psychologiem. No i jeszcze ten wpis... I która godzina się zrobiła...??
Także bez zbędnego ociągania prosto do łóżeczka. Jak będę szybko spać to może trochę uda mi się zregenerować siły na jutrzejszy wspaniały dzień (bo mam nadzieję, że taki będzie) :)

Dobranoc

wtorek, 10 stycznia 2012

Powtórka

Jako, że wiem, że jak już się nawet uda przeczytać post to do komentarzy potem się nie wraca, chciałam tutaj nawiązać do jednego który otrzymałam. Stąd będzie trochę powtórkowo. 

Pod postem z kina  i wyznaniu co zjadłam w tamten dzień dostałam komentarz, jak to źle robię (Szczegóły tytaj). Jeszcze raz dziękuję, za ten komentarz, bo się okazał "wodą na młyn" i mogę "stworzyć" tego posta.
Źródło
Odpisałam w sposób następujący:

Niewątpliwie teoretycznie rację masz. Ja jednak patrzę na to inaczej. Może dla Ciebie dieta to coś powszedniego i przychodzi Ci z łatwością jak piórko. Ja jednak mam bardzo mocno zakorzenione przez lata stare nawyki. I każdy dzień kiedy im nie ulegam uważam za sukces. I to, że tamtego dnia nie zjadłam całej porcji kebaba z frytkami, sałatką zakąszając potem ciastkiem (na obiad) potem ful zestaw z McDonalda (na kolację) - jak to do tej pory miałam w zwyczaju - uważam za sukces. I w tym wypadku te "dwie łyżeczki soli" i skrzydełka stanowiące odstępstwo od diety nie były wcale porażką. 
Nie mogę myśleć Twoimi kategoriami, bo za takim myśleniem zwykle następuje u mnie, jak już zjadłam te "dwie łyżeczki soli" to dlaczego nie zjeść całego obiadu jak dawniej...? A tak uważam, że tak miało być. 
Poza tym dieta jest dla mnie nie ja dla diety. Korzystam z jej dobrodziejstw jednak te małe wyskoki są mi potrzebne jak rybie woda. Jak zdrada w małżeństwie potrafi umocnić związek, tak mnie dają siłę na później właśnie takie grzechy. Nie, nie grzechy - to ma zły wydźwięk. Takie kompromisy na jakie idę sama ze sobą od czasu do czasu.  
Powiesz pewnie, że się oszukuję czy coś w tym stylu. Tak. I robię to świadomie. A świadomość wg mnie to jest mały kroczek w stronę sukcesu. I na razie się nie poddaję. To chyba jak do tej pory dieta w której najdłużej wytrzymuję. 


Jak by na potwierdzenie, zaraz po napisaniu tych słów otwieram skrzynką pocztową i czytam w mailu od mego Guru (no nie od niego bezpośrednio, ale jego słowa):

Zapomnij o przeszłości. Teraz uwierz w swoją niewinność. W chwili obecnej jesteś niewinny. Błędy przeszłości są wynikiem niewiedzy. Ale w chwili obecnej jesteś niewinny. To fakt.
I Była jeszcze jedna "mantra" w tym stylu:
Tak samo, jak przewracamy kartki kalendarza, powinniśmy przewracać nasz umysł. Nie wypełniajcie przyszłych dat, przeszłymi wydarzeniami.
Ucz sie i idź dalej.
I tego się będę trzymać. Było minęło. Nie będę do tego wracać.


Nasuwa mi się jeszcze jeden cytat, który umieszczałam też na tym blogu pisząc o książce "Krótka bajka o odchudzaniu z happy endem" Magdaleny Jarzębowskiej (W tym poście dotyczący "porażek":
"Każdemu, kto próbuje zdarzają się takie chwile, to nic złego. Ważne jest, żeby wciągnąć teraz z tego odpowiednie wnioski na przyszłość".




Idąc dalej tropem wspomnień i trzymając się jeszcze treści książki. Było tam dużo o "budowaniu własnej wartości", "dopieszczaniu tego wątłego stworzonka" i "nagradzaniu go".
I wczorajszy dzień pozwolił mojemu stworkowi urosnąć. Trzymałam się mono zaleceń odnośnie jedzenia. Plan na siłowni wykonałam w 100%. "Odebrałam nagrodę". Zrobiłam jeszcze jedną nową, drobną rzecz, z której jestem dumna. Miałam wypełniony dzień. I jak kładłam się spać, razem ze stworkiem o imieniu "poczucie wartości" byliśmy w wyśmienitych humorach.




Kończąc te dywagacje, dniem dzisiejszym i przyziemimy sprawni jakim jest menu...
Żarełko dnia:
6.00 ser biały i 2 kromki pieczywa żytniego WASA
10.00 pomarańcza
13.45 udko + warzyw i winegret
(oliwa z oliwek, pieprz, sok z cytryny)
  18.00 sałatka:
jajko, papryka, cebula, kalarepa, pomidor, kefir, czosnek, pieprz, kurkuma


poniedziałek, 9 stycznia 2012

Idę po nagrodę :)

W procesie dochudzania bardzo ważne jest nagradzanie. Biczować się nie wolno ale psychikę mile łechtać koniecznie.
Ja sobie wymyśliłam, że funduję sobie porządną nagrodę po zrzuceniu 5 kg. Choć tam jakieś malutkie po drodze tez się wymskną ;)A właściwie to powinny być drobne "nagródki" za każdy dzień bez pączka czy McDonalda! No ale...

Po pierwszych 5 kg już nie pamiętam co to było.

Źródło
Po 10 kg fundnęłam sobie przedłużanie rzęs. I chwała tu za wszystkie zakupy grupowe, bo normalnie sobie bym na to nie pozwoliła. A tak parędziesiąt złoty można wygospodarować. Tym bardziej, że ja chyba większość pieniędzy to przejadłam, bo widzę małe oszczędności w portfelu. Tzn część kasy niewydanej na jedzenie idzie na siłownię i suplementy ale właśnie takie małe ciut zostaje i można uzbierać na porządniejszą nagrodę.

Dziś idę odebrać laury za 15 kg w postaci laserowego zabiegu u kosmetyczki na korekcję sińców pod oczami. Sama z siebie nie wiedziałam, że tak można, ale właśnie przy okazji kupony na rzęsy dosalam jeden zabieg gratis a drugi za połowę ceny. Szkoda było więc nie skorzystać :)

A za 20 kg... Nie. Tego jeszcze na wadze nie ma to bez sensu pisać :)

Nie wspomnę, że na czerwiec zbieram na mega dużą nagrodę bez względu ile będzie na wadze. To po prostu będzie uhonorowanie za czas, czyli 9 miesięcy odchudzania. No bo oczywiście planuje tyle wytrwać ;) Dziewięć miesięcy to okres chodzenie w stanie błogosławionym, ciekawe co mnie się urodzi w tej dochudzjącej ciąży....?? No ale nie wybiegam też, tak bardzo na przód ze szczegółami. 

 * * *
Jedzenie prawie jak wczoraj. Program na siłownie też bez zmian:

Żarełko dnia:
6.00 ser biały i 2 kromki pieczywa żytniego WASA
10.00 pomarańcza
13.45 udko i warzywa z patelni
 ok18.00 Meal Drink


Ruch dnia:
4 *15 brzuszków
20 min steper
60 min rower poziomy cardio

niedziela, 8 stycznia 2012

Inna jakość.

Czyli zapowiedziana relacja z wczorajszego dnia i okryciu "innej jakości" na siłowni.

Już samo to, że wybrałam się na siłownię w sobotę było pewną odmianą. Fakt, że kobitek w szatni było aż gęsto, ale jakoś na siłowni tak tego nie odczułam. Może większość już wychodziła bo ja tam dotarłam o godzinie po 12.00. 
We czwartek przyszło oczekiwane przeze mnie mocno zamówienie w postaci Meal Drinka czyli wspomnianego już napoju białkowego. A także pulsometru.
Prawidłowy pomiar pulsu był właśnie sprawcą tej "innej jakości" okazało się, że polegając na pomiarach przyrządów treningowych jeździłam do tej pory raczej spacerowo. Odzwierciedleniem tego było (na przykładzie rowerka):
- do tej pory prędkość obrotów na minutę miałam około 70, wczoraj między 85 a 90
- do tej pory w godzinę robiłam 16 km ,wczoraj zrobiłam ich 21
- do tej pory potliwość raczej nie występowała, wczoraj pobiegłam od razu po treningu pod prysznic
I wiecie co, to spocenie, którego zawsze się tak bałam nie było takie złe. Jadąc trochę intensywniej (bo nie było to znów aż taka zawrotna prędkość) szybciej też zleciała mi ta godzina. I chyba w końcu dało się zauważyć coś na kształt tych endorfina na które tak czekałam :)
Źródło
Po treningu oczywiście głód na maksa. Zgodnie ze wcześniejszym odkryciem nie piłam podczas treningu. Potem wypiłam tylko 0,5 l wody i Meal Drinka. Kurna jaki on pyszny był!! A żołądkowi i reszcie to całkiem wystarczyło do szczęścia. Jadłam dopiero za godzinę obiad już nie rzucając się na niego. 

Zalążki endorfin i inny rodzaj zamęczania (nie tan nużący gdzie nogami ledwo powłóczyłam idąc do samochodu, tylko takie zwykłe i jakieś lepsze zmęczenie) sprawiły, że poszłam od razy na rajd po centrum handlowym. Ponad godzinę odwiedzałam większe sieciówki i sklepy z butami. Pomimo napisów "sale" nic ale to nic przecenionego dla siebie nie znalazłam. Może to i lepiej bo teraz z ciuchów kupuję tylko to co muszę.
Drugą godzinę spędziłam na dreptaniu po Carrefour'rze na zakupkach jedzeniowych (od dziś zmienia się menu). Dopiero te dodatkowe 2,5 godziny sprawiły, że poczułam znajome znużenie. Choć ono na szczęście szybko minęło jak posiedziałam w samochodzie i za nim dojechałam do domu.

Dziś już bardziej statecznie. Choć rano było lekkie nadrobienie zaległości w jaskini, to po  obiadu stawiam na odpoczynek. 

Żarełko dnia:
10.00 ser biały i 2 kromki pieczywa żytniego WASA
14.00 udko i warzywa z patelni 

18.00 sałatka:
jajko, papryka, cebula, kalarepa, pomidor, kefir, czosnek, pieprz, kurkuma

sobota, 7 stycznia 2012

Rzut na wagę

Dawno nie było podsumowań wagowych. Po ostatnim okresie Świątecznym trochę jej unikałam. Wolałam nie śledzić zmian i tak na oko wyczekać aż wróci do normy czyli poprzedniego najmniejszego pomiaru.  Tzn nie to, że w ogóle nie patrzyłam na jej wskazania, tyle że "tak jednym oczkiem" bez dokumentowania.
Natomiast dziś rano zadecydowałam, że to "TEN MOMENT" na oficjalne warzenie. No to wchodzę...  i "surprise". Wreszcie jest DZIESIĄTKA z przodu!!!! :):):) 



od początku: minus 17,0
czyli:  waga obecna 109,6 kg ; waga wyjściowa 126,6
w programie : minus 7,4
czyli: waga obecna 109,6 kg ; waga wyjściowa 117,00




Dzisiejszy dzień był równie fajny jak wczoraj. Odkryłam "inną jakość" na siłowni. Ale o tym jutro bo dziś się śpieszę :)


Żarełko dnia:
10.45 Chili Con Carne
13.45 Meal Drink (napój białkowy bezpośrednio po siłowni)
14.45 Wątróbka i czerwona papryka
18.45 4 Chili Con Carne

Ruch dnia:
4 *15 brzuszków
20 min steper
60 min rower poziomy cardio